Call of Juarez - Więzy krwi. [Uwaga to gra!! nie film!!]
October 10th, 2009 by
darodaro
“Polski western”, to brzmi gorzej niż “niemiecki western”. Tym razem polskiemu studiu Techland udało się. Wszystkich zrażonych pierwszą częścią COJ, informuje - spokojnie! to nie ten sam gniot! W to da się grać i to nawet całkiem nieźle.
Kupiłem go już w dniu premiery, bo trzeba wspierać rodzimą produkcje. Zagrałem dopiero po miesiącu i zostałem naprawdę mile zaskoczony. Przypomnę może tutaj, czego oczekuje od gier: wciągającej fabuły, widoków i strzelania. COJ spelnia te wymagania w każdym stopniu i śmiało mogę powiedzieć, że to jedna z ciekawszych produkcji tego roku. No “Gears of War” to to nie jest, ale zdecydowanie warto zagrać!
Fabuła - uwielbiam jak coś się dzieje, a tutaj scenarzysta się postarał, jest klasycznie westernowo - wojna secesyjna, trzech braci, ksiądz, jedna kobieta, zły Indianin, dobry Indianin, konie, dyliżansy i kaniony :-). Gra klasycznie podzielona jest na epizody, w których fabuła skutecznie popychana jest do przodu i choć dość łatwo domyślić się jak to się skończy, jest kilka zwrotów akcji, które dają rade. Na pewno gorsze filmy widziałem. Przynajmniej chce się grać dalej. Można mieć wątpliwość co do scenek pomiędzy etapami, które zrealizowane są w konwencji czarno-białego komiksu, nie porywa, ale przynajmniej wpisuje się w klimat.
Zdecydowanie jest co oglądać, produkcja chyba oparta jest na autorskim silniku techlandu i on również daje rade. Gra uzyskuje u mnie znak jakości, jak podczas rozgrywki zatrzymuje się i podziwiam widoki. Zdecydowanie jest na co popatrzeć, przypominają się stare dobre czasy westernów.
Strzelanie. Co prawda nie mamy tu raila czy wyrzutni rakiet, ale można się wyżyć. Są pistolety, strzelby, łuki, nawet lasso. Widać różnicę miedzy poszczególnymi typami broni, a nawet pomiędzy poszczególnymi pistoletami. Choć sporą trudność sprawiało mi wybieranie “lepszej” pukawki, bo są one beznadziejnie opisane a kupowanie zrealizowane w konwencji “chodzenia po sklepie” i tak naprawdę nie wiem co jest lepsze, trzeba kupić i wypróbować, a drogie to wszystko że hej. Można w zasadzie przejechać gre na jednej pukawce, ale radocha i tak jest. Dwa słowa na temat “bullet timeu” który został przygotowany przez autorów. Mamy dwa typy, w zależności od tego, którym z dwóch grywalnych braci gramy. Całą grę przeszedłem jednym chyba Tomem, bo jakiś taki przyjemniejszy mi się wydawał. Jego bullet time (ładowany ilością trupów) to zamrożenie akcji i strzały z automatycznym celowaniem we wrogów widocznych na ekranie. Generalnie gwarantował trafienia. Ray, miał inny system - podczas spowolnienie trzeba było trafić w zaznaczonych wrogów, a po zwolnieniu Ray trafiał w nich albo nie (w zależności jak się postaraliśmy). Jest to jedynie nużący w dalszej części dodatek, ale dobrze że się postarali.
Swoistą zmorą były dla mnie pojedynki - chłopaki oddali atmosferę tak jak tylko można było, ale do tej pory nie wiem, jak powinienem ruszać ta myszką, żeby wygrać, ale nie było to aż tak uciążliwe, a w strzelance każde urozmaicenie jest dobre.
Oprócz pojedynków, było też strzelanie z armaty, gatlinga na korbkę i głupkowata ucieczka dyliżansem, na której wszyscy recenzenci powiesili psy. Nie wiem po co, bo trwało to dosłownie chwile. Na plus na pewno można zaliczyć jazdę koniem - naprawdę można poczuć różnicę, pomiędzy kłusem a galopem i jest to fajnie zrealizowane.
Jeśli nie pamiętam muzyki, to znaczy, że była dobra.
Produkcja zdecydowanie godna kupienia i obejrzenia, bo wspieramy naszych, a w przerwie miedzy ratowaniem świata i eksterminacją obcych można postrzelać do facetów w kapeluszach.
Jest git!
Stopień ukończenia: skończona (jednym z bohaterów)
Poziom trudności: normalny
Grane na: Vista, DX10, C2D@3Ghz, 4GB RAM@800Mhz, GF260GTX896MB, 1280×1024
Posted in gamekiller |