pursuit of happyness
March 17th, 2007 by
ntnl
o marysiu… do filmu trzeba przygotowac sobie zestaw malego defetysty - zyletki, srodki antydepresyjne i chusteczki do nosa. film opowiada o kolesiu, ktorego moznaby nazwac hiobem, gdyby nie fakt, ze hiob sie poddal. przez caly film kolo spiera sie z losem, probuje, przegrywa, biegnie, spiera, probuje, przegrywa, biegnie, biegnie, biegnie, przegrywa, biegnie, spiera sie, probuje, biegnie, biegnie, przegrywa, przegrywa, przegrywa, biegnie… i tak poltorej godziny. nawet dluzej. dla mnie to byla cala dekada. przez te poltorej godziny mozna sie pociac zyletka od stop po sama szyje. dodatkowo lepiej wziac leki antydepresyjne albo cos na uspokojenie, bo kiedy on tak biegnie - to biegnie, biegnie i biegnie. kiedy mu sie nieudaje - to sie nieudaje, nieudaje i nieudaje… i tak kazda scena jest pomnozona przez 3 .. niektore nawet x5. zakonczenie jest rozniez wydluzone i kiedy spodziewamy sie juz napisow i ‘ufffff w koncu!’ nagle jeszcze jedna scena i jeszcze napisy.
niewatpliwie jest to obraz, ktory zaczyna sie przez 1oo min, konczy przez 1o, i zupelnie nie ma srodka. przez te ostatnie 1o niezbedna jest chusteczka - byc moze nawet cala paczka.
ludziom sie taki wyciskacz podba, bo ma 7.4 - chyba tylko dla synka willa, odemenie 4/1o.
DO WYZYGANIA
Posted in upadek kinematografii |