Ong-bak
February 17th, 2005 by
darodaro
Tang-bank, bong-penk czy jakoś tak. Nieistotne, tak samo nieistotne jak płaska niczym decha fabuła, drętwe dialogi czy okropni aktorzy – ma to swój wietnamski urok, ale nie to jest istotne. Istotny jest główny bohater, a raczej to co robi. W filmie występują trzy typu scen: jak koleś ucieka, jak koleś się bije i wszystkie pozostałe – na równi beznadziejne.
Nie wiem kim jest grający głównego bohatera Panom Yeerum aka Tony Jaa. Ale koleś napierdala się tak jak dawno nikt tego nie robił. Wciąga nosem Bruc’a Lee, Van Damma i Segala razem wziętych. Przyjmuje na klatę ilość obrażeń, która przewyższa wszystko co oberwał Stallone w trzech częściach Rambo, biega po wszystkim – ściany, stoły, ludzie, przeskakuje wszystko: od samochodów po płonące kuchenki i mury. Szczególnie widowiskowa jest odmiana prezentowanej przez niego walki czyli zdaje się coś na kształt tajskiego boksu – uderzenia wyprowadzane są łokciami i kolanami. To jak wyjeżdża wszystkim w klaty i głowy z kolana i łokcia, jak kopie z obrotów i jakie robi uniki jest mistrzostwem scen walk w kinematografii. Co ciekawsza scena powtarzana jest jak na bramki na meczach, w rym idealnie pasującej do tego muzyki. Kapitalnie dobrane to tej całej jatki są scenariusze pojedynków; nasz koleś walczy z lokalnymi herosami: szybkonogim japońcem, wielkim bydlakiem o ksywie „Bear”, klientem, który napierdala w przeciwników elementami otoczenia (stoły, krzesła, neony, lodówki itp.), czy dopalonym na sterydach jakimś mistrzem. Naprawdę czysta i nieskrępowana niczym dawka przemocy, która raduje serce i dusze. Gorąco polecam. Najlepiej oglądać z kimś kto już widział - będzie przewijał niepotrzebne sceny.
Posted in upadek kinematografii |